Boks amatorskiBoks amatorski

Boks amatorski

Pierwsze wzmianki o walkach na pięści spotyka się w dokumentach czasów Babilonii, czy starożytnego Egiptu. W roku 688 p.n.e. boks znalazł się programie Starożytnych Igrzysk Olimpijskich – gdzie walczono na gołe pięści, ewentualnie przewiązane rzemieniami. Walka trwała do momentu, gdy jeden z przeciwników był niezdolny do dalszego boju. W czasach rzymskich walki bokserskie stały się domeną gladiatorów i miały bardziej brutalny przebieg. Pierwsze zapiski o nowożytnym boksie znajdujemy w Anglii w roku 1719, kiedy to J. Figg założył szkołę bokserską w Londynie i obwołał się Mistrzem Świata.

W Polsce boks zaczęto uprawiać po I Wojnie Światowej. Pierwsze pokazowe walki zorganizowano w Warszawie w 1918 roku. W 1923 roku założono Polski Związek Bokserski, a od 1924 roku rozgrywa się regularnie Mistrzostwa Polski.

Boks w Wielkopolsce zapoczątkowali żołnierze, którzy wracali z Anglii w latach 20. Walczono 6-8 rund, często bez udziału sędziów. Poznań obok Warszawy i Łodzi znalazł się w czołówce krzewicieli tej szlachetnej sztuki walki, zwanej też szermierką na pięści. Jak znacząca musiała być pozycja naszego pięściarstwa na sportowej mapie kraju, najlepiej świadczy fakt przyznania Poznaniowi w 1924 roku organizacji pierwszej poważnej imprezy bokserskiej: I Mistrzostwa Polski. Na kartach historii poznańskiego boksu zapisał się Feliks Stamm – jeden z najwybitniejszych trenerów w polskim sporcie. W 1926 roku objął stanowisko trenera w poznańskiej „Warcie”. To właśnie z tego klubu wywodzili się pierwsi mistrzowie i reprezentanci Polski. Poznańskich zawodników szkolił do 1932 roku, kiedy to został przeniesiony do Warszawy.

trener Feliks Stamm

Z historii boksu - Feliks Stamm

85. rocznica pierwszej walki polskiego zawodnika na olimpijskim ringu jest doskonałą okazją do tego, aby przypomnieć sobie o tych, którzy przez długie lata byli wizytówką polskiego sportu. Pięściarze, bo o nich mowa, dali Polsce 43 medale IO, 13 medali MŚ ( turniej tej rangi odbywa się od 1974 r.) i 115 medali ME. Mało która dyscyplina sportu w Polsce może pochwalić się takimi osiągnięciami.
Nie jest jednak tajemnicą, że boks, szczególnie amatorski, czyli ten, który przyniósł nam tak wiele sukcesów, przeżywa obecnie głęboki kryzys. Przyczyn takiego obrotu sprawy jest wiele. Drastyczny spadek liczby klubów i trenujących w nich zawodników, którzy aby zarobić na życie decydują się przechodzić na zawodowstwo. Wszystkiemu winien jest oczywiście brak pieniędzy. Nie jest również tajemnicą, że na współczesnym amatorskim ringu, o światowe i europejskie tytuły jest nieco trudniej niż było kiedyś. Przyczyna takiego stanu rzeczy tkwi w politycznych przemianach na świecie na początku lat 90 poprzedniego stulecia, a konkretnie w rozpadzie Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Pięściarze ukraińscy, białoruscy, azerscy, ormiańscy, gruzińscy, uzbeccy, kazachscy i oczywiście rosyjscy to w ostatnich latach ścisła światowa czołówka. Wprowadzenie systemu sędziowania walk na tzw. „,maszynki” również odegrało istotną rolę w degradacji pozycji polskiego pięściarstwa w świecie. Obecnie, liczą się tylko „widoczne” ciosy (sędziowie różnie widzą). To one decydują o wyniku walki. Takie elementy pięściarskiego rzemiosła jak uniki, sposób poruszania się w ringu, uderzenia na korpus, styl prowadzenia pojedynku czy osławiony lewy prosty, zeszły na dalszy plan, a to właśnie na tych elementach bazowała polska szkoła boksu. Ogólne wrażenie, które niegdyś decydowało o losach walk, dziś już się nie liczy. Nie można jednak za nasze niepowodzenia, obarczać tylko i wyłącznie innych. Przez szereg długich lat, Nasi działacze zrobili niewiele dla tego, aby polski boks odzyskał dawny blask, choćby w części.
Blask, o którym mowa wyżej zaczął się kształtować w odrodzonej po przeszło stuletniej niewoli Rzeczypospolitej. Polski Związek Bokserski został założony w 1923 roku a pierwszy poważnym sprawdzianem dla polskiego pięściarstwa były IO w Paryżu w 1924 r. Turniej ten miał być odpowiedzią na pytanie, na czym stoi ta młoda, zyskująca coraz większą popularność, dyscyplina sportu. Rzeczywistość okazała się być dosyć brutalna. Żaden z piątki naszych zawodników nie zdołał wygrać walki na olimpijskim ringu i co więcej każdy z naszych reprezentantów przegrał przed czasem (dwóch przez dyskwalifikację, trzech przez nokaut). Pierwszy Polakiem, który stanął w olimpijskim ringu był zawodnik wagi półśredniej Adam Świtek. Ten pochodzący z Inowrocławia pięściarz, przegrał przed czasem z Amerykaninem Hugh Haggerty’m. Ten sam zawodnik pokonał w drugiej rundzie innego z Polaków – Jana Ertmańskiego (istniała wówczas możliwość wystawienia dwóch zawodników w każdej kategorii wagowej).

Na wyciągnięcie wniosków mieliśmy cztery lata. W międzyczasie nadeszły kolejne niepowodzenia. I i II Mistrzostwa Europy w boksie zakończyły się dla Polaków podobnie jak występ w Paryżu. Nasi zawodnicy stoczyli w Sztokholmie (1925) i Berlinie (1927) łącznie sześć pojedynków i wszystkie z nich przegrali. Pierwsze zwycięstwa na zawodach poważnego kalibru nadeszły rok później. Na IO do Amsterdamu udała się czwórka naszych pięściarzy. Postęp był widoczny, choć Polacy olimpijskiego ringu nie zawojowali. Witold Majchrzycki (pierwszy Polak, który wygrał walkę na IO, pokonał na punkty Węgra Sandora Szobolevsky’ego) i Jan Górny zdołali wygrać po jednym pojedynku. Zwycięstwo tego drugiego było jednoznaczne z awansem do ćwierćfinału turnieju olimpijskiego. Tam, polski zawodnik nie sprostał Belgowi Lucien’owi Biquet i nie awansował do strefy medalowej, lecz zapisał się w kronikach jako pierwszy polski ćwierćfinalista olimpijski i zakończył turniej na piątym miejscu ex aequo z trzema innymi pięściarzami.

Ważnym elementem przygotowań do startu w Amsterdamie był pierwszy w historii polskiej reprezentacji mecz międzypaństwowy. 14 lipca 1928 Polacy pokonali w Poznaniu reprezentację Austrii 10 : 6. Nasi pięściarze walczyli w składzie: Mieczysław Forlański (musza, zwycięstwo), Stefan Glon (kogucia, zwycięstwo), Jan Górny (piórkowa, porażka), Witold Majchrzycki (lekka, zwycięstwo), Jan Arski (półśrednia, porażka), Jerzy Snoppek (średnia, zwycięstwo), Edmund Tomaszewski (ciężka, zwycięstwo).

Pierwszy wymierny sukces polskiego boksu nadszedł w bardzo dobrym momencie, bo na dwa lata przed kolejnymi IO, które w 1932 miały odbyć się w Los Angeles. Na III Mistrzostwach Europy w boksie amatorskim, które w dniach 3 – 8 czerwca odbyły się w Budapeszcie, Nasi zawodnicy zdobyli dwa srebrne pasy (wówczas obowiązywał zwyczaj dekorowania medalistów ME pasami a nie medalami, oba terminy są używane zamiennie). W kategorii muszej na drugim stopniu podium stanął Mieczysław Forlański, który przeszedł do historii polskiego boksu jako pierwszy medalista międzynarodowej imprezy tak wysokiej rangi. Również wspomniany wcześniej Witold Majchrzycki zdołał sięgnąć po srebro, a dokonał tego w wadze półśredniej.

Wszystko wskazywało więc na to, że w Los Angeles, któryś z naszych pięściarzy będzie w stanie „zakręcić” się koło olimpijskiego podium. Niestety, z uwagi na ograniczone środki finansowe, Polski Komitet Olimpijski został zmuszony do bardzo restrykcyjnej selekcji przy doborze kadry na wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Wśród sportowców powołanych Igrzyska X Olimpiady zabrakło pięściarzy. Z perspektywy czasu, trudno jest powiedzieć, czy PKOl postąpił słusznie. Fakty są takie, że do Los Angeles wysłano najlepszych, jakimi wówczas dysponował polski sport. Dość powiedzieć, że skromna, 20 – osobowa kadra przywiozła z Kalifornii aż 7 medali. Tylko cztery osoby wróciły z Igrzysk bez olimpijskiego krążka. Trudno więc w takim układzie zaryzykować stwierdzenie, że nasi pięściarze na pewno przywieźliby z USA medal. Polski boks, choć rozwijał się bardzo dynamicznie, nie był jeszcze gotowy na tego typu sukces. Z drugiej jednak strony, najzagorzalsi sympatycy pięściarstwa czuli pewnie smutek, kiedy dowiedzieli się, że najlepszym pięściarzem IO w Los Angeles w kategorii muszej został Węgier Istvan Enkes, który dwa lata wcześniej na wspomnianych ME w Budapeszcie pokonał w finale Mieczysława Forlańskiego.
Po drodze do kolejnych IO, które w 1936 roku miały odbyć się w Berlinie, polscy pięściarze wystartowali na IV Mistrzostwa Europy, których gospodarzem ponownie był Budapeszt. Zawody te zakończyły się dużym sukcesem naszej reprezentacji. Polacy wywalczyli pięć medali. Po raz drugi na podium ME stanął Witold Majchrzycki, który startując tym razem w kategorii średniej, przegrał dopiero w finale ze znakomitym Węgrem Lajosem Szigetim. W ślad za Majchrzyckim podążył w wadze półciężkiej Roman Antczak, który również stanął na drugim stopniu podium. Brązowe krążki wywalczyli: Szapsel Rotholc w wadze muszej, Tadeusz Rogalski w koguciej i Mieczysław Forlański w piórkowej. Tym występem, nasi pięściarze potwierdzili swoją przynależność do ścisłej europejskiej czołówki. Dość powiedzieć, że tylko Węgrzy zdobyli więcej medali od Polaków w tych zawodach (6).
Igrzyska w Berlinie zbliżały się wielkimi krokami. Rywalizacja o miejsca w kadrze olimpijskiej była ogromna. Poziom rodzimego pięściarstwa stale rósł. Pionierzy, czyli Majchrzycki, Forlański i inni zaczęli mieć godnych siebie rywali na krajowym podwórku. Ich forma nie była już tak wysoka jak kilka lat wcześniej i zostali zmuszeni do ustąpienia miejsca młodszym. Ostatecznie do Berlina pojechało 7 polskich pięściarzy na osiem kategorii wagowych. Ze względu na poważna chorobę, na IO nie mógł wystartować Roman Antczak, który został zmuszony do przedwczesnego zakończenia kariery w 1935 roku. Wobec niebytu na polskich ringach zawodnika o podobnej klasie (pominięto Franciszka Szymurę), Feliks Stamm, który po raz pierwszy samodzielnie miał poprowadzić nasza kadrę, zdecydował nie zabierać na IO żadnego pięściarza w kategorii półciężkiej.

Po raz pierwszy w tym miejscu pada to nazwisko. Feliks Stamm. Twórca potęgi polskiego boksu. Jeden z najwybitniejszych trenerów w historii polskiego sportu. Był związany z polskim boksem niemal od zawsze. Od 1926 roku, kiedy to porzucił karierę pięściarska dla trenerskiej, stale brał udział w przygotowaniach naszych reprezentantów do najważniejszych imprez i bardzo popularnych w tamtym okresie meczów międzypaństwowych, będąc głównie asystentem zagranicznych szkoleniowców.

Do Berlina, Stamm, zabrał głównie młodych zawodników. Wyjątek stanowił 27- letni Stanisław Piłat, pięściarz wagi ciężkiej. Zaczęło się bardzo obiecująco. Pierwszej rundy nie przeszedł tylko zawodnik kategorii półśredniej – Józef Pisarski. W drugiej rundzie było już nieco gorzej. Odpadli: wspomniany Piłat (przegrał swoją pierwszą walkę, ponieważ w pierwszej rundzie wyciągnął wolny los), Czesław Cyraniak (lekka) i Antoni Czortek (kogucia). Na placu boju, czyli w ćwierćfinałach, pozostała trójka. W wadze muszej, Edmund Sobkowiak poległ w starciu o półfinał IO z Amerykaninem Lou Lourią (pięściarz z USA zdobył później brązowy medal i jako pierwszy zawodnik w historii IO został uchonorowany pucharem im. Vala Barkera). Odrobiny szczęścia zabrakło Aleksandrowi Polusowi, który o awans do najlepszej czwórki kategorii piórkowej skrzyżował rękawice z Argentyńczykiem Oscarem Casanovasem. Nasz zawodnik przegrał tę walkę, a pięściarz z Ameryki Południowej został dwa dni później Mistrzem Olimpijskim. Pierwszym Polakiem, który awansował do półfinału turnieju olimpijskiego został za to Henryk Chmielewski. Zawodnik rodem z Łodzi, w ćwierćfinale kategorii średniej pokonał Amerykanina Jamesa Clarka Atkinsona. Gdyby wówczas przepisy turnieju olimpijskiego były takie jak dziś, to Chmielewski miałby zagwarantowany już co najmniej brązowy medal. W tamtych czasach brązowy medal przypadał zawodnikowi, który okazał się lepszy w pojedynku pokonanych półfinalistów. Polski pięściarz uległ w półfinale Norwegowi Henremu Tillerowi i w walce o brąz miał się zmierzyć z Argentyńczykiem Raulem Villarealem. Miał, bo do tej walki nie doszło. Ze względu na kontuzję nadgarstków, której Chmielewski nabawił się już w ćwierćfinale, został on zmuszony do oddania pojedynku walkowerem. Skończyło się więc na czwartym miejscu. Legenda głosi, że przyczyną urazu Polaka była twarda jak skała szczęka Atkinson. Prawda była jednak inna. Chmielewski miał tendencję do zadawania ciosów nasadami rękawic i często w związku z tym „łapał” tego rodzaju kontuje. Nie dało się ukryć, że po występie ekipy Stamma na IO w Berlinie pozostał lekki niedosyt, mimo iż ten turniej był najlepszym w wykonaniu naszych pięściarzy ze wszystkich dotychczasowych. Olimpijski debiut pięściarskiego szkoleniowca wszechczasów okazał się być „dobrze zainwestowanym frycowym”, którego skutkiem miały być medale na IO w 1940 roku.

Do IO, które pierwotnie miały odbyć się w Tokio, a następnie w Helsinkach, pozostawały 4 lata. Feliks Stamm i jego podopieczni zakasali rękawy i wzięli się do ciężkiej pracy, na której efekty nie trzeba było długo czekać. Niespełna rok po berlińskich igrzyskach, najlepsi pięściarze „starego kontynentu” zjechali do Mediolanu, aby rywalizować w V. Mistrzostwach Europy. Pięciu z ośmiu pięściarzy, których do stolicy Lombardii zabrał Feliks Stamm awansowało do półfinałów. Czterech z nich: Edmund Sobkowiak, Aleksander Polus, Henryk Chmielewski i Franciszek Szymura przebiło się do finałów, które odbyły się 9 maja 1937 roku. Dzień ten na stałe wpisał się do historii polskiego pięściarstwa. Jako pierwszy do walki o złoty pas ME stanął w wadze muszej Edmund Sobkowiak, który jednak musiał uznać wyższość Węgra Vilmosa Enekesa (młodszego brata Istvana). Wcześniej, w półfinale, polski pięściarz okazał się lepszy od Willy’ego Kaisera, Mistrza Olimpijskiego z Berlina. Za drugim podejściem wreszcie się udało. Aleksander Polus wygrywając w finale wagi piórkowej z reprezentantem gospodarzy Federico Cortonesim został pierwszym polskim Mistrzem Europy w boksie. Niedługo później, do Polusa dołączył Henryk Chmielewski, który w półfinale wziął rewanż na Henrym Tillerze za przegrany pojedynek na IO w Berlinie. W pojedynku finałowym, Polak pokonał Holendra Gerardusa Dekkersa i również założył złoty pas Mistrza Europy. Czwartym polskim finalistą był zawodnik wagi półciężkiej Franciszek Szymura, który nie dał rady Włochowi Luigi Musinie. Bliski wywalczenia medalu był również Antoni Czortek, jednak najpierw poległ w półfinale, a następnie w pojedynku o brąz. Cztery medale Naszych zawodników, dały Polsce pierwszy triumf w tzw. Pucharze Narodów. Krótko mówiąc, Polacy wygrali klasyfikację drużynową mediolańskiej imprezy.

Dwa lata później, Stamm i jego zawodnicy udali się do Dublina, aby co najmniej powtórzyć udany występ z Mediolanu. W kadrze nie było już Polusa, z amatorskiego uprawiania boksu zrezygnował Chmielewski, który w 1938 roku przeniósł się do USA i rozpoczął karierę zawodową. Kilku pięściarzy zmieniło kategorie wagowe. Wśród ósemki zawodników, którzy mieli w Dublinie walczyć o medale był jeden, który wyróżniał się zdecydowanie. Antoni Kolczyński – najprawdopodobniej najbardziej utalentowany polski pięściarz okresu międzywojennego. Popularny „Kolka” jechał do stolicy Irlandii w roli murowanego faworyta do złota. W 1938 roku został uznany najlepszym zawodnikiem meczu Stany Zjednoczone – Europa, pokonując w pojedynku kategorii półśredniej Amerykanina irlandzkiego pochodzenia Jimmy’ego O’Malleya, uważanego wówczas za najlepszego amatorskiego pięściarza w USA. Zwycięstwo w tak prestiżowym pojedynku, z całą odpowiedzialnością równało się tytułowi nieoficjalnego Mistrza Świata. W Dublinie, Kolczyński nie pozostawił złudzeń, pewnie wygrywając rywalizację w wadze półśredniej i otrzymując tytuł najlepszego pięściarza całego turnieju. Niewiele gorzej od „Kolki” spisali się Antoni Czortek, Józef Pisarski i Franciszek Szymura, którzy z Zielonej Wyspy przywieźli do Polski srebrne pasy ME. Pogromcą tego ostatniego, po raz kolejny, okazał się Luigi Musina, późniejszy zawodowy mistrz Europy. Brązowy pas do tej pokaźnej kolekcji dorzucił Zbigniew Kowalski, który tylko w półfinale uległ najlepszemu pięściarzowi Europy końca lat trzydziestych XX stulecia w wadze lekkiej – Niemcowi Herbertowi Nurnbergowi. Zawodnik ten następnie obronił złoty pas zdobyty dwa lata wcześniej we Włoszech. Pięć medali i drugi z rzędu Puchar Narodów – oto dorobek ekipy Stamma. Wielki sukces wywalczony w przededniu największego dramatu w historii ludzkości.

Wobec tak wspaniałej grupy zawodników, prowadzonej przez tak wspaniałego trenera już nikt nie zadawał pytania czy polscy pięściarze przywiozą medal z IO w 1940 roku. Wszyscy zastanawiali się tylko ile tych medali będzie i czy wśród nich będzie upragnione złoto. Wojna brutalnie przerwała te spekulacje. Wielu pięściarzy zamiast sposobić się do startu na olimpijskim ringu musiało sportowe dresy zamienić na wojskowe mundury. Stracone lata i doświadczenia wojenne – w takich warunkach Feliks Stamm podjął się dzieła odbudowy polskiego pięściarstwa.
Ze względu na wojenną zawieruchę, dynamiczny proces rozwoju polskiego pięściarstwa został gwałtownie zatrzymany. W okupowanej Polsce uprawianie sportu było zakazane. Sportowcy, a wśród nich pięściarze trenowali w konspiracji, jednak nawet najszczersze chęci nie były w stanie zastąpić porządnego treningu pod okiem fachowców. Najbardziej żałowano straconych lat. Kariera pięściarska nie trwa przecież wiecznie. Wielu z naszych wybitnych pięściarzy przedwojennych bezpowrotnie utraciło szansę na osiągnięcie wielkich międzynarodowych sukcesów. Szybko okazało się jednak, że na ich miejsce pojawili się nowi, równie zdolni zawodnicy, którzy podstaw pięściarskiego rzemiosła uczyli się jeszcze przed wojną, w nastoletnim wieku. „Starzy” mistrzowie, tacy jak Kolczyński, Szymura czy Pisarski wyrażali jeszcze chęć boksowania. W takich warunkach „Papa” Stamm podjął się procesu odbudowy przedwojennej potęgi.
Łatwo nie było. Zrujnowany kraj potrzebował odbudowy pod każdym względem. Na szczęście znaleźli się i tacy, którzy pomyśleli o boksie. Pierwsze Mistrzostwa Polski odbyły się w 1946 roku w Łodzi, natomiast pierwszym sprawdzianem dla Polski pięściarzy po wojnie, na arenie międzynarodowej były Mistrzostwa Europy, które zaplanowano na rok 1947. Gospodarzem zmagań ponownie był Dublin. Do stolicy Irlandii Feliks Stamm postanowił zabrać ośmiu zawodników. W tej grupie znalazło się trzech „weteranów” z medalistami ME Kolczyńskim i Szymurą, a także pięciu młodszych, obiecujących zawodników. Na miejscu okazało się, że pewnych rzeczy nie da się dogonić w tak krótkim czasie. Żaden z polskich zawodników nie zdołał przebić się do strefy medalowej. Jeden z Naszych pięściarzy poległ w eliminacjach, reszta odpadła w ćwierćfinałach. Nieźle spisał się debiutant – Aleksy Antkiewicz, który w pojedynku o półfinał wagi piórkowej przegrał z późniejszym Mistrzem Europy, Szwedem Kurtem Kreugerem. Podobny los spotkał Antoniego Kolczyńskiego, który w ćwierćfinale kategorii średniej przegrał (przez nokaut) z Aime – Josephem Escudie. Francuz zdobył następnie złoty pas ME. Lata wojny zrobiły swoje. „Kolka” nie przypominał siebie sprzed lat. Zatracił wszystkie swoje najlepsze atrybuty z czasów, kiedy był postrachem europejskich ringów. Jego krnąbrny charakter i niezbyt sportowy tryb życia na pewno nie pomagały w odbudowie formy.

„Papa” Stamm miał twardy orzech do zgryzienia. Do IO pozostawał nieco ponad rok. Wobec nienajlepszego występu w Dublinie już nikt nie mógł być pewien medalu olimpijskiego. Gołym okiem widać było, że Kolczyński i Szymura najlepsze lata mają już za sobą. Reszta zawodników potrzebowała czasu, aby oswoić się ze światowymi ringami. Temu między innymi posłużyły ME w Dublinie. Dla dwóch zawodników, którzy zaprezentowali się w Irlandii, znalazło się miejsce w kadrze olimpijskiej. Reprezentację uzupełniło dwóch debiutantów i ostatecznie prezentowała się ona następująco: Janusz Kasperczak (musza), Wawrzyniec Bazarnik (kogucia), Aleksy Antkiewicz (piórkowa), Zygmunt Chychła (półśrednia), Antoni Kolczyński (średnia), Franciszek Szymura (półciężka).

Przygoda dwóch najlżejszych naszych pięściarzy z londyńskim ringiem trwała bardzo krótko. Zarówno Kasperczak jak i Bazarnik przegrali swoje pierwsze walki i odpadli z turnieju. Wkrótce ich los podzielił Kolczyński, który w drugiej kolejce (w pierwszej miał wolny los) przegrał z Urugwajczykiem Martinezem. Pozostali Nasi zawodnicy zdołali przebić się do ćwierćfinałów. Szymura i Chychła polegli w tej fazie turnieju z późniejszymi brązowymi medalistami Igrzysk, kolejno: Włochem d’Ottavio i Argentyńczykiem Cia. Powiodło się natomiast Aleksemu Antkiewiczowi. Pięściarz z Wybrzeża w ćwierćfinale uporał się z Koreańczykiem Bung Nan Su i jako drugi Polak w historii awansował do półfinału turnieju olimpijskiego. Tam, czekał na niego bardzo trudny przeciwnik – Ernesto Formenti. Antkiewicz nie dał rady Włochowi i musiał zadowolić się walką o brązowy medal (Formenti zdobył później złoto).

Igrzyska Olimpijskie zbliżały się ku końcowi, w przedostatnim dniu rywalizacji reprezentacja Polski, która tylko dzięki nieustępliwości kilku ludzi w ogóle pojechała do Londynu, pozostawała bez medalu. Ostatnią szansą na podium był właśnie Antkiewicz. Finałowe pojedynki i walki o brązowe medale odbywały się w przedostatnim dniu Igrzysk na ringu ustawionym na wodzie basenu Wembley Pool. Przeciwnikiem Naszego zawodnika był Argentyńczyk Francisco Nunez. Polak od początku walki przeważał. Po dwóch rundach medal był na wyciągnięcie ręki. W trzecim starciu obaj pięściarze zderzyli się głowami. Bardziej ucierpiał Antkiewicz i sędzia ringowy zawahał się czy aby nie przerwać pojedynku. Ostatecznie pozwolił na kontynuowanie walki, której werdykt mógł być tylko jeden. Zwycięstwo Antkiewicza! Pierwszy medal olimpijski w historii polskiego boksu. Jedyny medal Igrzysk XIV Olimpiady dla Polski. Sukces Aleksego Antkiewicza był wielowymiarowy. „Bombardier z Wybrzeża” spełnił wreszcie marzenia sympatyków polskiego pięściarstwa o olimpijskim medalu. Brązowy medal Naszego zawodnika przyniósł wiele radości w kraju. Tym samym, Aleksy Antkiewicz zapewnił sobie doczesne miejsce w historii polskiego sport. Dzięki pokonaniu Nuneza zaznaczył obecność naszej reprezentacji na londyńskich Igrzyskach. Sukces sportowca z kraju, który tak mocno ucierpiał w czasie wojny był jednoznaczny z zawołaniem „Jeszcze Polska nie zginęła”. Kibice w Polsce docenili wagę brązowego medalu IO. Antkiewicz zwyciężył w plebiscycie Przeglądu Sportowego na najlepszego sportowca 1948 roku w Polsce. Stał się pierwszy pięściarzem w historii, który wygrał ten plebiscyt.
Rok po IO w Londynie, Feliks Stamm i jego drużyna udali się do Oslo by rywalizować w VIII. Mistrzostwach Europy. Do Norwegii „Papa” zabrał pięciu zawodników. Wśród nich oczywiście nie mogło zabraknąć bohatera z Londynu – Antkiewicza. Na swoją ostatnią dużą imprezę międzynarodową pojechał Franciszek Szymura. Kadrę uzupełnili Janusz Kasperczak, Maksymilian Grzywocz i Henryk Nowara. Ten ostatni pożegnał się z turniejem w pierwszej walce eliminacyjnej. Podobny los miał spotkać Kasperczaka, który w pierwszej rundzie wagi muszej trafił na wicemistrza olimpijskiego z Londynu, Włocha Spartaco Bandinellego. Tymczasem „Blond Wenus”, jak kibice nazywali filigranowego pięściarza z Poznania, niespodziewanie awansował do ćwierćfinału. Bandinelli nie mógł znaleźć sposobu na świetnie walczącego Polaka i przegrał na skutek dyskwalifikacji w III rundzie. Eliminacje przebrnął również weteran Szymura, lecz w walce o półfinał musiał uznać wyższość Czechosłowaka Oty Rademachera (zawodnik ten zdobył później srebrny pas ME).
Od ćwierćfinałowej fazy rywalizacji, występ w stolicy Norwegii rozpoczęli Grzywocz i Antkiewicz. Niestety obaj wyżej wymienieni pięściarze na ćwierćfinałach zakończyli swoją przygodę z ME. Szczególnie zabolała porażka Antkiewicza, który wymieniany był wśród głównych kandydatów do złotego medalu w wadze piórkowej. Pogromca „Bombardiera z Wybrzeża” – Belg Louis Van Hoeck stanął później na drugim stopniu mistrzowskiego podium. W turnieju pozostał więc już tylko Kasperczak. Tylko, albo aż. Januszek, jak pieszczotliwie nazywał go „Papa” Stamm, szedł jak burza. W ćwierćfinale pokonał Holendra van der Zee, w półfinale rozprawił się z Emile Deplanquem z Belgii. W walce o złoto miał zmierzyć się z bardzo groźnym Węgrem Joszefem Bednaiem. Polak doskonale wypełnił założenia taktyczne, jakie przed walką nakreślił trener Stamm. W pierwszej rundzie dał się mówiąc kolokwialnie „wystrzelać” Bednaiowi, by przez następe dwa starcia przejąć inicjatywę. Taka strategia okazała się być skuteczna. Pięściarz wagi muszej – Janusz Kasperczak został Mistrzem Europy. Reprezentacja Polski zdobyła pierwszy medal pięściarskich ME po II Wojnie Światowej i to od razu złoty!
Pięć lat po zakończeniu wojny, można było powiedzieć, że Feliks Stamm wypełnił zadanie. Polscy pięściarze ponownie liczyli się w Europie. Należało więc pomyśleć o tym co zrobić, aby z IO w Helsinkach, które miały odbyć się w 1952 roku przywieźć upragnione złoto. Kandydatów było co najmniej dwóch. Po Mistrzostwach Europy, które w maju 1951 roku odbyły się w Mediolanie dołączył jeszcze jeden. Europejski czempionat po raz drugi odbywał się w stolicy Lombardii i przyniósł za sobą kilka zmian. Po raz pierwszy w historii pięściarze rywalizowali w 10 kategoriach wagowych. Waga lekkopółśrednia przedzieliła kategorie lekką i półśrednią, natomiast pomiędzy wagi półśrednią i średnią, wpisano kategorię lekkośrednią. Na potrzeby reformy, zmieniono limity wagowe niektórych kategorii. Po tych zmianach podział na kategorie prezentował się następująco: musza (-51), kogucia (-54), piórkowa (-57), lekka (-60), lekkopółśrednia (-63,5), półśrednia (-67), lekkośrednia (-71), średnia (-75), półciężka (-81), ciężka (+81). Drugą niezwykle ważną zmianą, jaka po raz pierwszy zafunkcjonowała na międzynarodowej arenie, była rezygnacja z pojedynków o brązowy medal. Od mediolańskich Mistrzostw, obaj pokonani półfinaliści otrzymują brązowe medale. Nowością było również obowiązkowe liczenie do ośmiu zawodników, którzy zapoznawali się z matą ringu.

Do Mediolanu pojechała wiec dziesiątka polskich pięściarzy. Wśród nich znaleźli się oczywiście medaliści IO i ME, czyli Antkiewicz i Kasperczak. Do kadry powrócił Kolczyński. Po raz drugi na ME pojechali Maksymilian Grzywocz i Zygmunt Chychła. „Papa” Stamm nie ukrywał, że liczy na „Zygę”, który w tamtym okresie prezentował wysoką formę. Kadrę uzupełniała piatka debiutantów. W eliminacjach spotkały Nas niemiłe niespodzianki. Obaj Nasi liderzy pożegnali się z turniejem. Kasperczak uległ Finowi Penttiemu Hamalainenowi (świetny pięściarz, późniejszy mistrz olimpijski), natomiast Antkiewicz (po raz pierwszy na dużej imprezie walczył w wadze lekkiej) musiał uznać wyższość zawodnika gospodarzy – Bruno Visintina, mimo iż stoczył świetny pojedynek. Włoch został następnie Mistrzem Europy. Następnym Polakiem, który swój udział w ME zakończył na eliminacjach był Henryk Tyczyński. Pięciu kolejnych naszych zawodników poległo w ćwierćfinałach. Porażką z Niemcem Guntherem Sladkym, Antoni Kolczyński zakończył swoją przygodę z ME. Można powiedzieć, że ta porażka była pożegnaniem znakomitego „Kolki” z międzynarodowymi ringami W turnieju pozostało wiec dwóch naszych pięściarzy. Od początku zmagań, na ringu ustawionym na torze kolarskim Vigorelli świetnie spisywał się walczący w kategorii półśredniej Zygmunt Chychła. W pierwszej walce „Zyga” pokonał doświadczonego Franza Buchlera z RFN. W ćwierćfinale, przeciwnikiem naszego zawodnika był Belg Pierre Wouters. Walka ta zakończyła się zwycięstwem Polaka, mimo iż przez chwilę nieuwagi w drugiej rundzie, pięściarz rodem z Gdańska był liczony. Nie bez przygód przebiegało i półfinałowe starcie ze Szwedem Gertem Strahle. Polak przeważał, lecz w drugiej rundzie Szwed zaatakował głową i trafił Chychłę w nos. To mocno zaniepokoiło Naszego zawodnika, który obawiał się, że widząc sporą opuchliznę, sędziowie mogą dać zwycięstwo rywalowi. Postanowił nie ryzykować i w trzecim starciu znokautował Strahle. Finał stał się faktem. To, co udało się Chychle, nie udało się walczącemu w wadze lekkośredniej Alfredowi Palińskiemu, który po ćwierćfinałowym zwycięstwie z Norwegiem, przegrał w półfinale z Duńczykiem Jensem Andersenem. Taki obrót spraw oznaczał dla Palińskiego brązowy medal ME. Tymczasem, Zygmunt Chychła sposobił się do finałowego starcia. Jego przeciwnikiem był Austriak Hans Kohlegger. Walka była wyrównana mniej więcej do połowy 2 starcia,. Następnie „Zyga” przypuścił szturm w półdystansie i nie wypuścił z niego Austriaka do końca pojedynku. Sędziowie nie mieli wyjścia, 3 : 0 i złoty pas ME dla Chychły. Po 14 latach w Mediolanie znów zabrzmiał Mazurek Dąbrowskiego. Zygmunt Chychła nawiązał do wspaniałych sukcesów Polusa i Chmielewskiego, którzy w 1937 roku, w tym samym mieście również zakładali złote pasy czempionów Europy. W tamtym momencie zapewne i wszyscy sympatycy polskiego pięściarstwa i Feliks Stamm i sam zawodnik marzyli o tym, aby za rok historia znów się powtórzyła. Tym razem na olimpijskim ringu w Helsinkach.
Do stolicy Finlandii Feliks Stamm postanowił zabrać 10 pięściarzy, czyli po raz pierwszy w historii turniejów pięściarskich na IO, Nasi zawodnicy w komplecie obsadzili wszystkie kategorie wagowe. Oczywiście gwiazdą ekipy był Zygmunt Chychła, któremu partnerowali: Henryk Kukier, Henryk Niedźwiecki, Leszek Drogosz, Aleksy Antkiewicz, Leszek Kudłacik, Jerzy Krawczyk, Henryk Nowara, Tadeusz Grzelak i Antoni Gościański (kolejność wg. kategorii wagowych, Chychła, rzecz jasna, walczył w wadze półśredniej).
W pierwszych dwóch rundach eliminacji, sześciu Naszych pięściarzy pożegnało się z turniejem. Niezwykle ważnym wydarzeniem helsińskich zmagań był olimpijski debiut reprezentacji ZSRR. O sile radzieckiej pięści przekonali się dwaj Polacy – Antoni Gościański i Jerzy Krawczyk. Obaj przegrali swoje pierwsze walki z pięściarzami radzieckimi, z tą różnicą, że pierwszy z nich poległ w pierwszej, a drugi w drugiej rundzie eliminacji (w pierwszej kolejce miał wolny los). Ponadto w pierwszych walka eliminacyjnych, z turniejem pożegnali się Henryk Kukier, Leszek Kudłacik, i Henryk Nowara. Henryk Niedźwiedzki i Tadeusz Grzelak w swych drugich pojedynkach trafili na późniejszych Mistrzów Olimpijskich. Pogromcą Niedźwiedzkiego okazał się być Pentti Hamalainen, ten sam, który na ME w Mediolanie wygrał z Januszem Kasperczakiem. Tadeusz Grzelak (dla którego była to walka ćwierćfinałowa, gdyż w pierwszej rundzie miał wolny los) uległ natomiast Norvelovi Lee z USA. W ćwierćfinale walczył również Leszek Drogosz, który nie sprostał Włochowi Sergio Caprari.
Przez tę, jak i oczywiście przez wcześniejsze fazy turnieju przebrnęli Aleksy Antkiewicz i Zygmunt Chychła. Obaj zameldowali się w półfinałach swoich kategorii wagowych z mocnym postanowieniem awansu do wielkiego finału. Droga obu Naszych asów do półfinałów nie była usłana różami. Antkiewicz w pierwszej walce pewnie rozprawił się z Filipińczykiem Enriquezem, w drugiej rundzie eliminacji stoczył wyczerpujący pojedynek z Niemcem Wohlersem, który również zakończył zwycięsko. W ćwierćfinale, z Brytyjczykiem Frederickiem Reardonem, zwycięstwo wisiało na włosku, gdyż Antkiewicz dostał dwa ostrzeżenia (Brytyjczyk z resztą też). W półfinale, chyba po raz pierwszy w karierze, uśmiechnęło się do Antkiewicza szczęście. W pierwszej rundzie walki, jego rywalowi – Rumunowi Gheorghe Fiatowi odnowiła się kontuzja kciuka i został on poddany przez swój narożnik. To, co nie udało się w Londynie stało się faktem w Helsinkach. Olimpijski finał po raz pierwszy w historii polskiego boksu.

Równolegle do Antkiewicza swoją drogę o prawo walki o olimpijski złoto odbywał Zygmunt Chychła. Jego pierwszym rywalem był stary znajomy z Mediolanu, Andre Wouters. Tym razem „Zyga” nie dał się zaskoczyć i pewnie wypunktował twardego Belga. W drugiej walce z Meksykaninem Davalosem taktyka lewych „półsierpów” przyniosła zamierzony skutek. 3 : 0 i ćwierćfinał, gdzie naszemu mistrzowi przyszło zmierzyć się z jednym z najlepszych pięściarzy Europy i świata tamtych czasów bez podziału na kategorie wagowe. Czechosłowak (a precyzyjnie mówiąc Słowak, urodzony w Budapeszcie) Juliusz Torma był aktualnym Mistrzem Olimpijskim w kategorii półśredniej z Londynu. Na ME w Oslo również nie miał sobie równych. Na ME w Mediolanie, gdzie złoty pas wywalczył Zygmunt Chychła, nie startował, podobnie jak cała reprezentacja Czechosłowacji. W Helsinkach był jednak w znakomitej formie. Jednym słowem rywal z najwyższej światowej półki. Nie było wątpliwości, że z tego pojedynku będzie finalista. Niektórzy mówili nawet o przedwczesnym finale, mimo iż w drugiej połówce drabinki turniejowej świetnie radził sobie groźny pięściarz radziecki Siergiej Szczerbakow. Pojedynek Polaka i Słowaka był jedną z najlepszych walk całego turnieju. Na ringu spotkało się dwóch godnych siebie rywali. Nieznacznie lepszym okazał być się Chychła, który przez całą walkę nie dał się nabrać na słynne sztuczki Tormy i dzięki niebywałej pewności siebie wygrał 2 : 1. W półfinale przeciwnikiem Gdańszczanina był Niemiec Gunther Heidemann, który imponował przede wszystkim bardzo dobrą obroną, jednak odpowiednia taktyka pozwoliła naszemu pięściarzowi zwyciężyć jednogłośnie na punkty i awansować do finału IO.

Finały turnieju bokserskiego Igrzysk XV Olimpiady w Helsinkach odbyły się w sobotę, 2 sierpnia 1952 roku, w przedostatni dzień olimpijskiej rywalizacji. Ich miejscem była Messuhali I, wypełniona kompletem 6000 ludzi, którzy przybyli doń głównie dla Pentti Hamalainena, który miał wywalczyć olimpijskie złoto w wadze koguciej. Rzeczywiście, Fin nie zawiódł swoich rodaków i pokonał Irlandczyka Johna McNally’ego, zdobywając dla swojego kraju drugi (i do dziś ostatni) złoty medal w boksie (pierwszym fińskim złotym medalistą IO był Sten Suvio, który wygrał na IO Berlinie w wadze półśredniej). My jeszcze nie mieliśmy swojego Mistrza. Pół godziny po triumfie Hamalainena nadeszła okazja, aby taki stan rzeczy zmienić. Po trzech rundach walki finałowej w wadze lekkiej, pomiędzy Aleksym Antkiewiczem a Włochem Aureliano Bolognesim, wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze. Polak był zawodnikiem lepszym, dosyć zdecydowanie wygrał dwie pierwsze rundy, natomiast w trzeciej, młodszy o 7 lat Włoch nie walczył o tyle lepiej od Antkiewicza, by móc odrobić straty. Tymczasem sędziowie punktowali 2 : 1 na korzyść pięściarza ze słonecznej Italii. Trudno powiedzieć, co kierowało arbitrami. Spekulowano, że niemożliwym jest, aby Włosi wracali z IO bez olimpijskiego złota. Bezpośrednio przed walką Antkiewicza, Włoch Sergio Caprari przegrał finał wagi piórkowej z Czechosłowakiem Janem Zacharą i okazało się, że Bolognesi jest ostatnia włoską szansą na złoto IO. Żeby było zabawniej, to należy nadmienić, że jednym z sędziów, który wskazał zwycięstwo Zachary był Polak Edward Łaukedrey. Włoch przegrał walkę 1 : 2…

Czasu na to, aby roztrząsać przyczyny porażki Antkiewicza nie było bowiem pół godziny później w ringu pojawili się Siergiej Szczerbakow i Zygmunt Chychła. Wobec przegranej Antkiewicza, Chychła pozostawał ostatnią polską nadzieją na olimpijskie złoto w Helsinkach w ogóle. W momencie, kiedy „Zyga” wychodził do ringu mieliśmy na koncie trzy olimpijskie medale. Oprócz Antkiewicza, srebro zdobył gimnastyk Jerzy Jokiel w ćwiczeniach wolnych, a brąz wywalczył wioślarz Teodor Kocerka w konkurencji jedynek. Od ostatniego olimpijskiego złota zdobytego przez Polskę minęło dokładnie 20 lat, co do jednego dnia. 2 sierpnia 1932 Stanisława Walasiewicz została Mistrzynią Olimpijską w lekkoatletycznym biegu na 100 m na IO w Los Angeles. Od początku, finałowa walka w kategorii półśredniej pomiędzy Polakiem a pięściarzem radzieckim była wyrównana. Pojedynek był bardzo wyczerpujący dla obu zawodników, nie mieli oni ani chwili wytchnienia. W końcówce ktoś krzyknął: „Zygmunt, ostatnia minuta!”. Polak przyspieszył, ostatnie chwile pojedynku wyraźnie należały do niego. Werdykt… Jednogłośnie zwycięstwo Polaka, 3 : 0! Pierwszy złoty medal olimpijski w historii polskiego pięściarstwa stał się faktem! Spełnienie marzeń, wspaniałe zwycięstwo Zygmunta Chychły (wg. fińskich spikerów „Szyszły”). Złoty medal i Mazurek Dąbrowskiego, znów, po dwudziestu latach na olimpijskich arenach.

Siedem, a właściwie pięć lat potrzebowali Feliks Stamm i jego podopieczni, aby dokonać tego, co nie udało się znakomitej, przedwojennej generacji polskich pięściarzy. Pierwszy medal olimpijski, pierwszy złoty medal IO, a w międzyczasie dwa złote pasy ME. Polskie pięściarstwo można było uznać za odrodzone w pełni i to na dodatek z nawiązką.

(źródło: www.bokser.org)

Nasze osiągnięcia